INTERNEWS

FORUM | KONTAKT | LINK 1 | LINK 2

Adam Strzembosz: Charakterologicznie prezydent dał się złamać. Istnieje możliwość postawienia go przed Trybunałem Stanu, bo po tym, czego dokonał w kwestii Trybunału Konstytucyjnego, z prawem w Polsce można zrobić, co się chce.


Marek Zając: Kto stwierdził, że w Polsce prawo służy silniejszemu?

Adam Strzembosz: Tylu mogło to powiedzieć...


Ewa Łętowska i Adam Bodnar. 


U nas szereg struktur i okoliczności sprzyja silniejszym. PO pożegnała się z władzą, bo utraciła społeczny słuch, zwłaszcza względem mieszkańców regionów południowo-wschodnich czy dużych rodzin. Kiedyś wieczorami na antenie TOK FM zwykłem słuchać programu poświęconego zagadnieniom pedagogicznym. Mowa była o rodzinach patchworkowych, homoseksualnych, ale nigdy o wielodzietnych. Red. Tomasz Lis wyjaśnił mi, że to radio lewicowe. Zgoda, ale stąd właśnie klęska tych środowisk.

Ludzie wymiaru sprawiedliwości też utracili słuch? Sądy miażdży polityczny walec, a lud milczy albo wiwatuje. Sędziowie nie powinni zrobić rachunku sumienia?

Środowisko rozumie, że zmiany są konieczne – począwszy od kwestii elementarnych, jak zrozumiały i przekonujący język uzasadnień wyroków. To nie może być nowomowa z prawniczych podręczników. W ogóle mamy kłopot z kulturą na salach sądowych; obywatele mogli mieć poczucie, że są lekceważeni. Przez lata jako wizytator w warszawskim Sądzie Wojewódzkim ds. Nieletnich siadałem sobie niezauważony, gdzieś w kąciku, i słuchałem, jak sędzia prowadzi sprawę. Nie z formalnego, ale właśnie z ludzkiego punktu widzenia.

Dlaczego sędziowie nie okazują obywatelom szacunku?

Zamiast teoretyzować opowiem panu, jak wygląda rzeczywistość. Rocznie do sądów wpływa 15-16 mln spraw, z czego ok. 2 mln załatwia sąd elektroniczny w Lublinie. Badania psychologiczne przyniosły szokujące wyniki: sędziowie sądów rejonowych w Warszawie cierpią na taki poziom stresu, że nie wypuszczono by ich na ulice, gdyby byli policjantami. Skrajnie przepracowani, w soboty i niedziele muszą w pośpiechu czytać akta i pisać uzasadnienia. Jeśli sędzia prowadzi 400 albo 500 spraw, żąda się od niego rzeczy niemożliwych; jednego dnia ma ich na wokandzie kilkanaście. Na korytarzu od dwóch godzin czekają następni interesanci, nieraz w warunkach urągających godności. Tymczasem świadek ględzi, piąty raz powtarza to samo, sędzia zaczyna się irytować i może stracić cierpliwość.

Jest i drugi, stary jak III RP problem, czyli procesy ciągnące się latami.

To oczywiście skandal, że na orzeczenie czeka się pięć lat, a firma zdążyła w tym czasie zbankrutować. Ale znowu: mówmy o konkretach. Moja przyjaciółka miała w referacie około 300 spraw, z czego kilkadziesiąt najcięższego kalibru. Gdy zbliżała się rozprawa, zaczynała czytać akta, literaturę i orzecznictwo, a tu sprawa spadała z błahych przyczyn, np. choroby świadka. Na wokandę wracała za dziewięć miesięcy. Przecież sędzia wszystko zapomni i zabawa zaczyna się od nowa!

Naprawdę wiele rzeczy stoi na głowie. Sędzia okręgowy w Warszawie ma około 300 spraw. Jego kolega w Białymstoku – 50, i to większość rozwodowych, które nie wymagają zachodu.

To trzeba tu zwiększyć zatrudnienie.

Mamy sporo wakatów; zgłaszają się kandydaci z całego kraju i przysięgają, że będą tu pracować aż do ostatnich dni. Dostają nominację, wynajmują mieszkanie – i giną pod stosami akt. Po pół roku robią wszystko, żeby wrócić w rodzinne strony.

Na dodatek w moim przekonaniu minister Zbigniew Ziobro chomikuje kilkaset pustych etatów tylko po to, żeby w końcu obsadzić je swoimi janczarami. Zobaczy pan, jeżeli chodzi o nominowanie sędziów, cofniemy się do czasów PRL. Precyzyjnie rzecz biorąc: do okresu 1956-81.

Pan to mówi z pełną odpowiedzialnością?

Stuprocentową. Na aplikację trafiłem w 1956 r., na fali Października. Przez ponad 20 lat obserwowałem funkcjonowanie sądownictwa aż do szczebla sędziego wojewódzkiego. Podczas karnawału Solidarności przygotowaliśmy projekt zmian w ustawie o ustroju sądów powszechnych i Sądzie Najwyższym. Jak wybuchł stan wojenny, schowałem wszystko pod szafę i wyciągnąłem dopiero przy Okrągłym Stole. Codzienne zderzanie się z realiami komunizmu sprawiło, że nauczyłem się patrzeć na praktykę, a nie pięknie brzmiące hasła. Dlatego dziś minister Ziobro mnie nie otumani.

W czasach PRL prezes sądu był totalnie uzależniony od ministra sprawiedliwości, więc w ogóle nie interesowała go opinia sędziów. Oczywiście z reguły wolał utrzymywać stosunki kulturalne, ale dla jego losów nie miało to żadnego znaczenia. Jak do sądu przychodziła sprawa polityczna, co zdarzało się dwa-trzy razy do roku, nawet nie musiał dyktować wyroku – po prostu załatwiał odpowiednie obsady i tyle.

Rozumiem, do czego Pan zmierza: minister Ziobro chce obsadzić stanowiska prezesów i wiceprezesów według własnego widzimisię. Ci wybiorą przewodniczących wydziałów, ich zastępców i wizytatorów. Tak zamknie się system zależności.

Bez żadnych ustnych poleceń z resortu, wszystko w białych rękawiczkach. Prezes co roku określa np., jacy sędziowie orzekają w jakim wydziale. Oczywiście 90 proc. pozostaje na starych stanowiskach, ale... W stanie wojennym karnistów, którzy uniewinniali w sprawach politycznych, przenoszono do wydziałów ds. rodzinnych i nieletnich, do rent i ubezpieczeń.

Dyspozycyjny prezes będzie robić tak samo. Albo weźmy duży okręg warszawski: sędzia w Otwocku nie spełni oczekiwań ministra, więc w ramach wyrównywania obciążeń prezes przeniesie nieszczęśnika do Wołomina. Możesz sobie, bracie, po dwie godziny jeździć dzień w dzień.

Ale reforma ma też bezpieczniki, które mają zagwarantować bezstronność, np. losowy przydział spraw.

Parafrazując ks. Tischnera, jest prawda, półprawda i gówno prawda. To właśnie ta trzecia możliwość. W losowania można się bawić w sądzie rejonowym – w okręgowym się nie da. Sprawy o zabójstwo, wbrew pozorom, nie należą do najtrudniejszych. A karne gospodarcze są skomplikowane, liczą po 150 tomów akt. Co w sytuacji, jeżeli sędzia wylosuje pięć takich spraw z rzędu? W projekcie wprawdzie przewiduje się w nadzwyczajnych sytuacjach uwzględnienie obciążenia konkretnego sędziego, ale wiemy, jaką rolę często pełnią wyjątki.

Proszę pana, usiłuje się nam robić wodę z mózgu na niebywałą skalę. Forsowane zmiany uzależnią od polityków i zniszczą następną fundamentalną dla demokratycznego państwa prawa instytucję, czyli Krajową Radę Sądownictwa. Stanie się fikcją, jak Trybunał Konstytucyjny w obecnym wydaniu.
Ale moje największe przerażenie budzi zamach na Sąd Najwyższy. Obniżając górny wiek kobietom tam zasiadającym do 60, a mężczyznom do 65 lat – zwolni się kilkadziesiąt etatów. Kto je zapełni? Żeby trafić do Sądu Najwyższego, trzeba będzie legitymować się dziesięcioma latami pracy prawniczej i „najwyższymi kwalifikacjami”. Co to znaczy: najwyższe kwalifikacje?

Wszystko i nic.

Adwokacina, który się ledwo przeczołgał przez egzamin adwokacki i przez dziesięć lat z trudem utrzymał na powierzchni, będzie orzekał w Sądzie Najwyższym. Widzimy, kto w ostatnich rozdaniach dostał się do Trybunału Konstytucyjnego.

Niedawno pierwsza prezes SN została zobowiązana do podania, którzy z sędziów orzekali przed 1989 r. Nikogo nie interesuje, czy byli w wydziale cywilnym, rodzinnym czy karnym, i czy się czymkolwiek spaprali. Sam fakt orzekania w PRL jest plamą, o ile naturalnie nie sympatyzuje się z PiS, bo to potrafi zmazać wszelkie winy.

Sąd Najwyższy nie wymaga dekomunizacji?

Zgodnie z ustawą z grudnia ʼ89, którą miałem zaszczyt przeprowadzić przez parlament, Sąd Najwyższy został wymieniony od zera. Trafili tam ludzie m.in. związani z Solidarnością sądową. Jak dziś Jarosław Kaczyński ma czelność twierdzić, że Sąd Najwyższy to główna twierdza postkomunizmu? Skoro tak, to ja zgłaszam propozycję odebrania panu Kaczyńskiemu doktoratu. Jego promotor przyjechał do naszego kraju na stanowisku oficera politycznego brygady. Był też gorliwym wyznawcą, co zapewne przekazał swemu uczniowi, pewnego niemieckiego teoretyka prawa, na którego naziści powoływali się w pierwszym okresie swoich rządów. Jeżeli praca w sądzie rejonowym w czasach PRL ma być piętnem, może doktorat u czołowego komunisty jest jeszcze poważniejszym przyczynkiem do hańby?

Nie dajmy się zwariować: nawet w czasie okupacji działały sądy grodzkie, gdzie sądzono drobnych złodziejaszków czy oszustów. Po wojnie żadnemu z tych sędziów nie spadł włos z głowy! Komuniści przeprowadzali brutalne selekcje, ale nie wyrzucali ze względu na fakt, że człowiek orzekał pod okupacją. A po 1956 r. do sądów trafiła masa ludzi uczciwych, którzy uznali, że już można tam pracować – dzieci wysokich oficerów AK, z ziemiańskich rodzin itd.

Pan mówi jedno, a np. profesor prawa Lech Morawski coś zgoła przeciwnego. Zwykły obywatel ma mętlik w głowie.

Stałe powtarzanie kłamstw i nagłaśnianie negatywnych przypadków musi przynieść efekt.

Ja nie twierdzę, że jest cudownie. Wśród prawie 10 tysięcy sędziów na pewno znajdziemy pijaków, przekupne indywidua, tępych rzemieślników. Takie osoby stanowią jednak absolutny wyjątek. Obecnie w prokuraturze toczy się tylko jedna sprawa przeciwko sędziemu.

System wymaga pilnych zmian, a minister zgłosił nawet jeden pomysł, który środowisko zaakceptowało – powołanie sędziów pokoju, co wymagałoby zmiany konstytucji w jednym punkcie, ale odciążyłoby sądy. Trzeba też promować mediację, zwłaszcza w sprawach gospodarczych. Tyle że zamiast naprawiać, ministerstwo myśli o jednym: jak sobie sądy podporządkować. Dlatego na niedawnym Kongresie Prawników Polskich w Katowicach uchwalono, że powstanie społeczna rada legislacyjna, opracowująca projekty reform.

Prawnicy zwołują nadzwyczajne zjazdy i dyskutują nad reformami dopiero wtedy, gdy władza przystawia im rewolwer do skroni. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało...

Zgoda. Ale ceną za grzech zaniedbania nie może być dewastacja fundamentów państwa prawa.

Sędziowie sami sobie nie potrafią pomóc. Z nadzwyczajnego Kongresu Sędziów Polskich we wrześniu 2016 r. do mediów przebiła się wypowiedź uczestniczki, że reprezentuje „nadzwyczajną kastę ludzi”.

Palnęła głupstwo. A głupstwo się przebiło, bo wybiła to rządowa telewizja.

Z kolei przed majowym Kongresem w Katowicach apelował Pan: sędziowie, nie dajcie się złamać, nawet jeżeli przyjdzie wam za to płacić. Przywoływał Pan własny przykład, gdy stracił pracę w stanie wojennym.

Mogę apelować, ale wiem, że bez problemu znajdzie się 15 sędziów, którzy zasiądą w KRS ukształtowanej według planu ministra Ziobry.

Ci, którzy splamili się politycznymi wyrokami w PRL, po przełomie wciąż działali w najlepsze. W najgorszym razie ich kariery przyhamowały. Dlaczego dziś sędzia z trójką dzieci i kredytem we frankach ma ryzykować? Żeby zachować promil szansy, że za kilkadziesiąt lat podobnie jak Pan dostanie Order Orła Białego?

Nie można oczekiwać, że sędziowie jako grupa będą się drastycznie różnić od reszty społeczeństwa. A przecież obecnie w Polsce ideowość jest – delikatnie mówiąc – umiarkowana. Pokusy będą potężne. Według nowych przepisów sędzia z sądu rejonowego będzie mógł przeskoczyć na stanowisko np. prezesa sądu okręgowego. To absurd, ale musiało to sobie załatwić kilku, powiem brutalnie, takich synów, którzy czekają na zaklepane od dawna awanse.

Ja tylko tych sędziów uprzedzam: zmieni się większość sejmowa, będzie nowy rząd, a wy nadal będziecie tkwić w zawodzie. W oczach kolegów będziecie polityczną, ślepo posłuszną agenturą.

Sądy same się nie oczyszczą.

Ale możemy uczyć się na przykładach i błędach z przeszłości. Po 1989 r. zaproponowałem proste rozwiązanie: uchylenie przedawnienia występków dyscyplinarnych, a następnie indywidualne rozpoznawanie konkretnych spraw politycznych, które budzą wątpliwości. Projekt przez parlament przeprowadziła Hanna Suchocka. Ale sędziowie się wykręcali: o co chodzi, mogłem skazać na dożywocie, a dałem tylko cztery lata, to przecież była dolna granica... Cóż, trzeba było odpowiadać: panie bracie, dawałeś cztery lata, podczas gdy twoi koledzy skazywali w zawieszeniu albo uniewinniali; jesteś parszywą owcą. Ale nikt tego tak nie robił i oczyszczenie nastąpiło tylko częściowo, np. we wspomnianym Sądzie Najwyższym.

Tak czy siak – blokowało samo środowisko sędziowskie.

Winę ponosi też władza wykonawcza. Kiedy Lech Kaczyński był ministrem sprawiedliwości, dostałem sygnał z Sądu Najwyższego, że skierował tylko jedną sprawę dyscyplinarną. Próbuję się z ministrem skontaktować – niemożliwe.

Zaprzyjaźniony dziennikarz tłumaczy, że tak skrzywdziłem jego brata, że Lech Kaczyński nie będzie ze mną rozmawiał. Mnie szlag trafił, złapałem za telefon. Ministra nie ma. Wiceminister? Też nie ma. W końcu dorwałem szefa gabinetu politycznego i mówię: „Jeżeli pan minister mnie nie przyjmie, zrobię awanturę w prasie – powiem, że wielcy dekomunizatorzy nie chcą dekomunizować sądów”. Za dwa dni minister mnie przyjął. Rozmowa była sympatyczna, Lech Kaczyński mówi, że o zajęcie się tym poprosił trzy panie, ale one… nie mają do tego serca. Mnie ręce opadły. Nie mają serca? Tu się ciśnie na usta mocniejsze słowo.

Jednak się opanowałem i naciskam. Ale minister tłumaczy, że brakuje materiałów. „Panie ministrze, ja mam materiały! Wycinki, notatki o poszczególnych sprawach, całą grubą tekę”. Przekazałem wszystko, ale za trzy tygodnie Lech Kaczyński nie był już ministrem, bo popadł w konflikt z premierem Buzkiem.

To teraz czyścił będzie minister Ziobro. Przyjdzie walec i wyrówna.

I to właśnie jest straszne, bo gubimy proporcje. Jak pan sądzi, jak często podczas stanu wojennego w sądzie wojewódzkim w Warszawie, pierwsza instancja, w wydziale, który sądził poważne sprawy polityczne, zapadały wyroki uniewinniające?

Raz na dziesięć spraw?

Niemal w co drugiej. Dokładnie: 48,2 proc. Normalnie w skali kraju wyroki uniewinniające stanowią 2-4 proc. To znaczy, że wielu sędziów, w każdym razie w newralgicznym okręgu warszawskim, zdało egzamin w czasie próby. Na podstawie mojego wniosku prezydent Bronisław Komorowski odznaczył krzyżami kawalerskimi i oficerskimi Orderu Odrodzenia Polski dwunastu, którzy w żadnym procesie politycznym nie wydali innego wyroku jak uniewinniający.

Trzeba było dopiero odwołać prezesa sądu wojewódzkiego, notabene partyjnego, wyrzucić przewodniczącą tego wydziału, też partyjną, rozpędzić całą ekipę i przysłać słynnego Andrzeja Kryże, późniejszego sekretarza stanu w rządzie PiS, żeby z punktu widzenia komunistów poprawiło się orzecznictwo. Szacuję, że dekomunizacji uniknęło, i to w skali kraju, może kilkunastu sędziów do dziś orzekających. To nie są wielkie liczby.
Od grudnia 1981 r. kierowałem w sądach zakonspirowaną Solidarnością. Z ówczesnego MSW dostałem ciekawy przeciek: „Stan wojenny nie spełnił naszych oczekiwań. Nie liczyliśmy na kary śmierci, ale 10 lat powinno być podstawowym orzeczeniem”. To był bunt ius przeciwko lex. W Laskach odbywały się narady sędziów. Na początek rekolekcje z dominikaninem, o. Jackiem Salijem, a potem nocne rozmowy, jak uniewinniać opozycjonistów. Co zrobić, jak oskarżony się przyznaje, i jeszcze zapowiada, że znowu to zrobi? Jeden z sędziów sugerował: znaleźć pretekst, żeby odroczyć; może dotrwamy do amnestii. Wielu kierowało się regułą: masz do czynienia ze sprawą polityczną, to wszelkie wybiegi są usprawiedliwione, byle zapadł wyrok uniewinniający.

A dziś? Dwa razy w życiu szykowałem się do sprawy w sądzie. I od dwóch różnych adwokatów usłyszałem to samo: „Pan jest niewinny i ma rację, ale proszę pamiętać, że w naszych sądach nie szuka się sprawiedliwości”. Czy w Polsce nie mamy do czynienia z sytuacją, że prawo rozmija się ze sprawiedliwością?

O to trzeba mieć pretensje m.in. do uczelni. Studentów uczy się, że sędzia ma interpretować prawo, ale zapomina się, że powinien też szukać sprawiedliwości. W efekcie sędzia czasem działa jak automat: określić stan faktyczny, zastosować przepis, wydać wyrok.

Skoro o kształceniu mowa – Krystyna Pawłowicz habilitacji, a Andrzej Duda doktoratu nie zrobili na Marsie.

Posłanka Pawłowicz to specjalny przypadek, uchylam się od komentarza.

A prezydent?

Działa zgodnie z opacznie przez siebie rozumianą koniecznością. W podobnym, mało komfortowym położeniu mogłem się znaleźć w 1995 r. Jarosław Kaczyński wyciągnął mnie – nie powiem, że jak królika z kapelusza, ale na pewno z drugiego szeregu, i zgłosił jako kandydata w wyborach prezydenckich. Sądził, że będę mu tak wdzięczny, iż zrobię wszystko, czego zażąda. Pomylił się, a ja szczęśliwie mam dziś spokojne sumienie.
Pan prezydent Duda bez żadnego zaplecza politycznego, ale nieźle prezentujący się jako mówca zdobył prezydenturę. I czuje się od Kaczyńskiego absolutnie zależny. Charakterologicznie dał się ostatecznie złamać, gdy pod osłoną nocy przyjął pod nadzorem prezesa ślubowanie od czterech sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

To był jego Rubikon?

Nie ma odwrotu. Historia lubi się powtarzać, ludzka natura się nie zmienia. Wspominaliśmy, że w grudniu 1981 r. zostałem odwołany przez Radę Państwa ze stanowiska sędziego. Ówczesny minister sprawiedliwości Sylwester Zawadzki usiłował lawirować. To był człowiek o słabym charakterze, bronił się i szamotał, ale jak już raz dał się złamać – potem szedł na całość.

Dziś panu prezydentowi Dudzie jest przykro, że jako Adrian stoi pod drzwiami prezesa. Czuje, że jego pozycja jest słaba. Widzi, jak jego własne otoczenie przeżywa jego upokorzenia. Ale jest w potrzasku. I może się tylko miotać. Teraz twierdzi, że miał prawo ułaskawić Mariusza Kamińskiego, a pracując w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego sam pisał, że w przypadku nieprawomocnych orzeczeń łaska nie przysługuje.

Prezydent powinien stanąć przed Trybunałem Stanu?

Istnieje taka możliwość. Ale za sprawy znacznie poważniejsze niż to ułaskawienie.

Za Trybunał Konstytucyjny?

Za Trybunał. Od tamtego momentu w Polsce można z prawem robić, co się chce.

Teraz np. sędziom zasiadającym w KRS zamierza się wygasić, wbrew konstytucji, czteroletnie kadencje. To ja mówię: jeżeli im można skrócić urzędowanie, w takim razie kadencję można przerwać również prezydentowi. Co to za różnica? W świetle konstytucji KRS jest instytucją równie poważną jak głowa państwa. A może skrócić kadencję też posłom?

Tu pojawia się wielkie pytanie o „dzień po”. Przychodzi nowa władza i co ma zrobić?

Jestem przeciwny rozliczeniom na tych samych zasadach, na podstawie których dziś gwałci się demokrację. Kiedyś trzeba zacząć przestrzegać prawa. Problem w tym, że pewne instytucje będą absolutnie skompromitowane.

A co z pokojem społecznym? Jeżeli prezydent stanie przed Trybunałem Stanu, Polska znajdzie się na skraju wojny domowej.

Pan sądzi, że prezydent jest aż tak popularny?

Jego obóz wyjdzie na ulice.

Zanim prezydent trafi przed Trybunał Stanu, trzeba będzie rozważyć koszty. Ale to już będzie decyzja polityczna, nie prawnicza. O ile trudno nie ścigać zwykłego przestępstwa kryminalnego, bo wtedy niebezpiecznie różnicuje się społeczeństwo, o tyle nie ścigać prezydenta w imię pokoju społecznego – byłoby możliwe. Najgorsze, że ten, kto moralnie za wszystko odpowiada, nie będzie mógł stanąć przed Trybunałem.

Co teraz? Przepisy forsowane przez ministra Ziobrę wejdą w życie.

Nie wiem, jak zareagują sędziowie. Pewnie będą musieli się pogodzić z masową wymianą prezesów. Ja ich wzywałem i nadal wzywam: jeżeli prezes będzie sugerował sędziemu wyrok, należy natychmiast zawiadomić prokuratora i to upublicznić. Także dla własnego bezpieczeństwa w przyszłości

Bunt i bojkot byłyby psuciem państwa?

Chyba tak. Powinny mieć miejsce dopiero wówczas, gdy dojdzie do masowego nacisku na sędziów.

Pamięta Pan, gdy Kornel Morawiecki, bohater walki o Polskę niepodległą, wyszedł na mównicę sejmową i powiedział, że dobro narodu...

...jest ważniejsze od prawa i dostał brawa. Kiedyś generał Jaruzelski wystąpił w telewizji i ogłosił dokładnie to samo, tyle że innymi słowami. I połowa społeczeństwa podzieliła jego stanowisko.

13 grudnia 1981 r.

Dekret o wprowadzeniu stanu wojennego był bezprawny, bo w tym czasie obradował Sejm. Warto to przypomnieć panu Morawieckiemu. Niestety, duża część społeczeństwa uważa, że dobro narodu stoi ponad prawem.

Co będzie z Polską?

Zawsze byłem optymistą i nadal jestem. Problem w tym, że nie widać partii politycznej z nowym spojrzeniem na różne sprawy, wrażliwej społecznie, a jednocześnie przestrzegającej prawa. O profilu chadeckim, ale bez chrześcijaństwa w nazwie. Uznającej, że wartości płynące z Ewangelii są ważne, a zarazem nieplanującej moralności w wydaniu katolickim wpychać na siłę do przepisów prawa. Jeżeli wróci PO, które dostało nauczkę, może będzie mądrzejsze, ale mimo wszystko będzie to jajeczko częściowo nieświeże. A jeżeli duże wpływy zdobędą panowie w czarnych mundurkach, to chroń nas, Boże. ©


 
PROF. ADAM STRZEMBOSZ (ur. 1930) jest prawnikiem, byłym pierwszym prezesem Sądu Najwyższego i przewodniczącym Trybunału Stanu (1990-98), kawalerem Orderu Orła Białego (2012). W czasach PRL sędzia, działacz Solidarności i wykładowca KUL, w pierwszych latach III RP także wicemister sprawiedliwości i kandydat na prezydenta w wyborach 1995 r. (popierany przez Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego, ostatecznie wycofał się, popierając Hannę Gronkiewicz-Waltz).

 

Źródło: Tekst udostepniony bezpłatnie w ramach akcji Tygodnika Powszechnego z dnia 23.07.2017 ZAMACH NA SĄDY – specjalny, bezpłatny serwis „TP” Weź, czytaj i udostępniaj! Tekst opublikowano 12.07.2017 roku.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

content bottom

content bottom

bottom

bottom